Rodzina na wakacjach

Problemy łączą!

4 sierpnia 2018 0 komentarzy

Wszystko co dobre kiedyś się kończy. I na nas nadchodzi czas, by ruszyć w drogę. Ostatnia kąpiel w morzu, tym razem za plażowy parasol, który jest już spakowany w boksie, robi nadmorska palma. Rzuca cień nie gorszy, a o ileż przyjemniejszy.

Tym razem przed nami niewielki dystans, od Pamukkale dzieli nas nie więcej niż 200 kilometrów. Dojeżdżamy na miejsce późnym popołudniem. Czeka nas jeszcze znalezienie kempingu, ale żołądki wyraźnie dają o sobie znać. Porzucamy samochód na parkingu i wyruszamy na poszukiwanie posiłku. Rzecz teoretycznie nieskomplikowana, jednak gdy do słowa „posiłek” dodamy określenie „bezglutenowy” sprawa staje się wyzwaniem. Dotychczasowe doświadczenia z Turcji nie są najlepsze, mówiąc oględnie. Produkty sklepowe nie zawierają żadnych informacji na temat zawartości glutenu, za to podkreśla się w nich brak zawartości wieprzowiny. W restauracjach zafrasowane twarze obsługi, pochylone nad wydrukowaną po turecku informacją o diecie bezglutenowej, zwiastują kłopoty.

Toteż wielkie jest nasze zdziwienie, gdy tym razem po paru sekundach standardowych wyjaśnień  twarz właściciela się rozjaśnia. Po chwili wraca z dumą na twarzy i oryginalnym opakowaniem chleba bezglutenowego.  Parę minut później nadchodzi pani niosąc kolejny rodzaj bezglutenowego chleba. Jesteśmy w bezglutenowym raju. Nawet w tutejszym Carrefourze nie udało nam się czegoś takiego zdobyć. Okazuje się, że pani, tradycyjnie ubrana muzułmanka, ma też problem z glutenem. Z ciepłym uśmiechem wręcza chleb Marcinowi. Na wynos dostajemy jeszcze jeden, tym razem zamrożony bochenek. Ręka na sercu i  serdeczność na twarzy mówią więcej niż słowa – to prezent.  Porozumienie zrodzone przez wspólny problem przekracza barierę kultury, religii i języka. Żegnamy się serdecznie.

Kemping znajdujemy bez problemu. Jest niemal pusty. Oprócz nas gości tam jedynie młode małżeństwo z Francji: Sarah i Louis. Są w podróży od czterech miesięcy. To ich sposób na życie. Pracują dopóki nie zarobią na następny wyjazd, po czym rzucają pracę i ruszają w drogę. Wieczorne spotkanie przy chałwie, migdałach i tureckiej herbacie pozwala na wymianę doświadczeń. Omawiamy podróżne patenty i wrażenia, pochylamy się nad mapą. Dostajemy od nich bardzo użyteczną aplikację pozwalającą namierzyć dzikie biwaki. Pora spać. Rano czeka nas zwiedzanie Pamukkale i Hierapolis.

Planujemy wczesną pobudkę, by zdążyć przed tłumem turystów. Wczesną, ale nie aż tak! O 5.00 rano ze snu wyrywa nas przenikliwy, świdrujący głos muezzina. Przez długie pięć minut jękliwie nawołuje do modlitwy. Ok, być może właśnie wyjaśniła się przyczyna dlaczego kemping był tak pusty (i w sumie niedrogi). Meczet stoi tuż obok kempingu, jak mogliśmy go nie zauważyć?

Białe tarasy widnieją z oddali. Pamukkale to cud natury, który powstał w wyniku działania wód wapiennych, wypływających ze źródeł termalnych. Woda spływa po zboczu góry pozostawiając po sobie wapienne osady i wypełnia powstające w nich niecki. To naturalne kąpielisko już w okresie antycznym przyciągało licznych kuracjuszy. W ten sposób powstało wokół Pamukkale starożytne uzdrowisko Hierapolis, takie ówczesne sanatorium.

Brodząc po płytkich basenach podziwiamy ukształtowane przez naturę nieziemskie formacje. Na deser czeka nas kąpiel w Basenie Kleopatry – odrestaurowanym kąpielisku z czasów rzymskich. Wypełniony wodą termalną o temperaturze 37 C, obiecuje wytchnienie od lejącego się z bezchmurnego nieba żaru. Przy wejściu do basenu spotyka nas niemiła niespodzianka: nie możemy wziąć do wody aparatu. Czemu ma służyć ten bezsensowny przepis? Na dnie basenu leżą antyczne kolumny i inne starożytne fragmenty, a my mamy fajny aparat do robienia podwodnych zdjęć. Nalegamy. Pan ochroniarz okazuje się nieustępliwy. Sprawa wyjaśnia się, gdy już jesteśmy w wodzie. Między kąpiącymi turystami uwija się kilku profesjonalnych fotografów, którzy za stosowną opłatą oferują zrobienie zdjęcia. Z satysfakcją odnotowujemy, że ich usługi nie cieszą się popularnością. Delektujemy się kąpielą, woda ma smak lekko gazowanej, mocno ciepłej Muszynianki. Odświeżeni wracamy do samochodu. Ustawiamy nawigację. Następny przystanek: Kapadocja, ale to w następnym odcinku 😉

Komentarze: 0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *