Rodzina na wakacjach

Ostatnie wakacyjne dni!

9 września 2018 0 komentarzy

29.08.2018

Wyjeżdżamy z Gruzji w piękny, słoneczny ranek, tak jakby pogoda chciała na koniec zatrzeć złe wrażenie 😉. Granica tuż tuż, jednak ostatnim razem jej pokonanie zajęło nam ponad cztery godziny, toteż gdy kilometr przed granicą widzimy pożegnalny baner życzący nam „GOOD LUCK” budzi się w nas niepokój. Różne rzeczy widuje się na granicach, zwykle jednak jest to coś w stylu: „do zobaczenia” bądź „dobrej podróży”. „Powodzenia” – daje do myślenia, ostrzega przed trudnościami i każe przygotować się na problemy.

Na granicy gruzińskiej panuje dziwna zasada, że jedynie kierowca może pozostać w samochodzie. Pasażerowie muszą iść na piechotę specjalnym tunelem. Czemu ma to służyć – ciężko powiedzieć, jednak nie czas tu na dywagacje. Bierzemy nasze paszporty i w trójkę udajemy się do tunelu. Tam kłębi się tłum ludzi, panuje straszna duchota, spocone ciała lepią się do siebie. W głowie jak szyderczy chichot pobrzmiewa „powodzenia…”.

W końcu mamy w paszportach upragnione pieczątki. Teraz jesteśmy na ziemi niczyjej między Gruzją a Turcją. Tu planujemy dołączyć do Michała, jednak okazuje się to fizycznie niemożliwe. Wszędzie szlabany, jedyna droga prowadzi do następnego tunelu, gdzie jest granica z Turcją. No to super. Nie mamy przy sobie wiz tureckich, zostały w samochodzie, jako że poprzednio przekraczaliśmy granicę z Turcją w naszym Pajero. Nie przyszło nam do głowy, że teraz nie będzie takiej możliwości. Otacza nas pełno przygranicznych mrówek, jakieś panie chcą, żeby przenieść im przez granicę reklamówki pełne papierosów. Są bardzo zdziwione naszą odmową.

Sytuacja jest lekko stresująca, ale jako że drogi odwrotu nie ma, maszerujemy do granicy z Turcją. Na szczęście okazuje się, że wizy są w systemie elektronicznym i nie musimy mieć ich fizycznie. Uff.. Jeszcze kilkaset metrów dusznym, ciemnym tunelem i jesteśmy w Turcji. To znaczy nasza trójka, bo Michała nie ma… i nie ma… i nie ma…

Z nieba leje się żar, znajdujemy mini cień na schodkach prowadzących do sklepu i tam siadamy. Tu powtarza się rytuał z Marcinem: wszyscy przechodzący obok niego panowie pozdrawiają go, podają ręce, zaś najczęściej po prostu czochrają mu włosy. Przez półtorej godziny obserwujemy przygraniczny chaos: ktoś wdaje się w bójkę z policjantem, ktoś się wpycha w kolejkę, a wszyscy zmęczeni i spoceni próbują pokonać granicę. W końcu pojawia się nasze Pajero i wspólnie wyjeżdżamy z granicznego piekła.

Jest sobota. Niedzielną mszę mamy w Samsunie nad Morzem Czarnym w Turcji. By do niej dotrzeć musimy pokonać niemal 600 km. Po drodze podziwiamy herbaciane pola, których nie dane było nam zobaczyć w Gruzji. Na nadmorskich bulwarach, rozłożone na słońcu, suszą się orzechy laskowe. Orzechowy chodnik ciągnie się po horyzont jak okiem sięgnąć. Nocujemy na miłym, nadmorskim kempingu gdzieś po drodze, a rano zwijamy się szybko, by zdążyć na 12.00 do Samsunu.

Kwadrans przed 12.00 bramy do kościoła są zamknięte, co nas nieco niepokoi. Jednak dwa dni wcześniej dostaliśmy potwierdzenie, że msza się odbędzie i jesteśmy zaproszeni. Obchodzimy zatem kościół dookoła, nigdzie znaków życia. Uliczny sprzedawca ruchem ręki wskazuje nam kierunek. Mijamy zamkniętą furtkę, główną bramę i docieramy do bocznego wejścia, które również jest zamknięte. Po naciśnięciu dzwonka drzwi uchylają się i udaje nam się wejść, jednak wcześniej zostajemy zmierzeni bacznym spojrzeniem.

Msza odbywa się w języku tureckim. Pierwsze co nas na niej uderza, to przepiękny śpiew wiernych. Pieśni śpiewane są na melodie wschodnie, w niewielkim kościółku brzmią mocno i czysto. Kiedy wierni odpowiadają „Amin” mury trzęsą się w posadach.  Po ewangelii ksiądz schodzi z ambony i staje przed wiernymi. Wygląda na to, że pierwszy raz będziemy siedzieć na tureckim kazaniu 😊. Jednak nie. Kazanie jest po angielsku. Ksiądz, najwyraźniej niedawno przybyły, korzysta z pomocy tłumacza.

Po mszy rozmawiamy z księdzem, który pochodzi z Argentyny. Teraz możemy zaspokoić naszą ciekawość. Dlaczego ewangelia była czytana dwukrotnie? – No, bo po turecku i arabsku – pada odpowiedź. Po arabsku? Ale dlaczego? – Bo większość wiernych nie mówi po turecku – wyjaśnia ksiądz. Odpowiedzi rodzą kolejne pytania, rozmowa przedłuża się do godziny.

Okazuje się, że wśród wiernych w kościele nie było ani jednego Turka, a wszyscy obecni to uchodźcy z Iraku. Są tu od kilku lat, ale nie planują zostać w Turcji, toteż nie uczą się tureckiego. Wszyscy są uchodźcami religijnymi, wielu z nich wiodło dostatnie życie w Iraku, mieli własne firmy, domy, rodziny. Musieli porzucić wszystko i uciekać ratując życie, gdy zaczęły się prześladowania chrześcijan. Stało się to w 2003 roku, kiedy upadł reżim Saddama Hussajna i w kraju zaczęły szaleć grupy muzułmańskich ekstremistów. Największy atak na ludność chrześcijańską miał miejsce w 2010 roku, kiedy to w zamachu na katedrę w Bagdadzie zginęło w czasie niedzielnej mszy 46 chrześcijan a ponad 60 zostało rannych.  Ci, którzy przeżyli, uciekli z kraju i część z nich widzieliśmy dziś na mszy. Jest tu ponad sto rodzin. Chcieliby wyjechać do USA, Kanady bądź Australii, jednak nie jest to proste. Zatem trwają tu w zawieszeniu pracując na czarno (legalnie nie mogą) i modląc się o lepszy los.

Ksiądz opowiada, a nam na myśl przychodzą sceny z „Quo vadis”, które jest naszą aktualną, rodzinną lekturą. Dopiero co czytaliśmy o przerażających torturach, jakim poddawani byli pierwsi chrześcijanie w czasach Nerona. I nagle dwa tysiące lat później stajemy przed identyczną sytuacją, gdy ludzie giną z powodu wyznawania wiary w Chrystusa.

A przecież nie jest to dla nas nowina. Radio, Internet, telewizja zasypują nas nieustannie informacjami o kolejnych tragediach. Jednak to co innego niż spojrzeć w oczy konkretnym ludziom, którzy z powodu wiary stracili wszystko. I kolejny raz uświadamiamy sobie, jaki komfort mamy w Polsce, gdzie chodzenie do kościoła nie wiąże się z narażaniem życia, a i sam kościół znajduje się za rogiem, a nie w odległości kilkuset kilometrów.

Nasze wakacyjne lektury dziwnie wpisują się w rzeczywistość. Kończyliśmy czytać „Pana Tadeusza” w Stambule, gdzie jak się okazuje, umarł Adam Mickiewicz. Teraz kończąc „Quo vadis” uczestniczymy we mszy dla prześladowanych chrześcijan…

W głowach wciąż kłębią nam się tysiące myśli, a tymczasem Pajero mknie piękną turecką autostradą. Dwieście kilometrów przed Stambułem stajemy na nocleg, a następnego dnia przekraczamy granicę z Bułgarią.

 

 

01.09.2018

Dwie noce na kempingu nad morzem w Bułgarii to nasz ostatni dłuższy popas przed powrotem do domu. Objadamy się tu do syta figami, które w międzyczasie zdążyły dojrzeć, i które co jakiś czas z głośnym, soczystym „pac” spadają na ziemię.

Wszystko co dobre jednak się kończy, ruszamy dalej. W Rumunii pokonujemy góry serpentynami przepięknej drogi Transfogarskiej. Nie jest to najkrótsza droga, ale jedna z najbardziej widokowych.

Tymczasem Michał z coraz większym niepokojem obserwuje Pajero. Przejechaliśmy już ponad 10 000 km. Nasz czujny kierowca rejestruje zmiany, które umykają naszym oczom i uszom. Jest problem z układem kierowniczym. Podejmujemy decyzję, że spróbujemy dojechać do domu i tu powierzyć samochód mechanikom. Udaje się. Nasz wierny samochód ostatkiem sił dowozi nas do celu.

Nasze mieszkanie. Nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy jak bardzo stęskniliśmy się za tym naszym miejscem na ziemi. Szkolne zakupy, pranie, rozpakowywanie – dopada nas codzienny rytm, od którego uciekliśmy na kilka tygodni, a który teraz cieszy i ekscytuje.

Od poniedziałku każdy z nas zajmie się swoją pracą, nauką, zajęciami. Znów będziemy rozstawać się o 7.00 rano i spotykać o 18.00. Za nami bezcenne, wspólnie spędzone chwile. Czas rodzinnych zabaw w morskich falach, dyskusji nad książkami, dłuższych i krótszych wędrówek. Czas, rodzinnej modlitwy, czas pytań i odpowiedzi. Czas na to, by wspólnie zastanowić się nad tym co w życiu ważne, a co mniej.

Przez te sześć tygodni mieliśmy okazję się razem śmiać, wspólnie rozwiązywać problemy, spierać się, przepraszać i wciąż na nowo zapewniać o tym, jak się kochamy. Wspólnie mogliśmy podziwiać ten niezwykły świat, tak doskonale stworzony przez Najwyższego, odkrywać, że ludzie na całym świecie, mimo wszystkich różnic, są podobni w tym jak kochają, cierpią czy się modlą.

Z czasem wspomnienia tych wszystkich niezwykłych miejsc, które mieliśmy okazję odwiedzić i ludzi, których spotkaliśmy na naszej drodze, mogą się zatrzeć. Jednak wspólnie przeżyty rodzinny czas  to wartość sama w sobie, której nikt nam nie odbierze i która, mamy nadzieję, będzie procentować w kolejnych, zabieganych dniach, miesiącach i latach.

Komentarze: 0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *