Rodzina na wakacjach

Ograniczenie, ślady chrześcijan i herbata!

8 sierpnia 2018 0 komentarzy

Jedziemy przez interior. W miarę jak posuwamy się na wschód robi się coraz bardziej azjatycko. „Kucane” toalety, panie coraz szczelniej zasłonięte, znaki i światła drogowe traktowane już zupełnie jako sugestia. W obliczu nagminnego tutaj przekraczania prędkości, nasze zdziwienie budzi napotkany znak drogowy precyzyjnie ograniczający prędkość do 82km na godzinę. Ktoś miał doprawdy fantazję.

 

Noc zastaje nas w trasie. Zatrzymujemy się na małej, zapyziałej stacji benzynowej w środku niczego. Spotyka nas tu życzliwe zainteresowanie. – Tak, oczywiście, można przenocować.  Rozstawiamy nasz dachowy namiot, dzieci się kładą, my zaś dostajemy zaproszenie na tradycyjną turecką herbatę. Z braku wspólnego języka rozmowa toczy się głównie przy pomocy mapy i rozmówek. Całość zaś jest gęsto okraszana przyjaznymi uśmiechami.

Noc mija spokojnie. Rano ktoś z pracowników stacji przynosi nam do samochodu tacę z zaparzoną turecką herbatą. Nie mamy się jak odwdzięczyć, więc po prostu kupujemy na ich stacji kilka drobiazgów, między innymi wodę różaną, którą tu pachnie wszystko. Odtąd zapach ten towarzyszy nam w podróży.

Do Kapadocji docieramy po 17.00. Jesteśmy już mocno zmęczeni, przed nami najbardziej nużąca część podróży: poszukiwanie noclegu. Sprawdzamy kolejne kempingi, po pół godzinie  jest decyzja. Błyskawicznie rozbijamy namiot i pędzimy do basenu. Kąpiel wraca nam siły. Grill dochodzi, kiedy dołączają do nas wymoczone i szczęśliwe dzieci. Nie mamy siły na wieczorne zwiedzanie, wyczerpani zapadamy w sen.

Jest 5.00 nad ranem. Poranny chłód spowodował, że śpiwory porzucone wieczorem, wracają do łask. Trwamy pogrążeni w błogim śnie. Jednak senny umysł rejestruje jakiś dźwięk… wiatr…, nie raczej huragan…  a może szum fal?  Nieważne. W namiocie jest tak przytulnie… Michał pierwszy odzyskuje zdolność działania. On nawet przez sen myśli racjonalnie. Jest przekonany , że za chwilę coś rozjedzie nam namiot. Wyskakuje na zewnątrz i za chwilę słyszę: – „aparat, daj szybko aparat!”. Niechętnie wypełzam z namiotu z żądanym przedmiotem i nie wierzę własnym oczom. W odległości zaledwie paru metrów od naszego namiotu unosi się ogromy balon. Przecieramy oczy. Jest ich więcej, jest ich naprawdę bardzo dużo, może setka. Powoli majestatycznie olbrzymy lekko wznoszą się nad księżycowym krajobrazem Kapadocji. Widok jest surrealistyczny i hipnotyzujący zarazem. Z nawiązką  wynagradza nam wczesną pobudkę. Po pół godzinie wracamy do namiotu i bezskutecznie próbujemy zasnąć. Z namiotu obok dobiega miarowe posapywanie – najwyraźniej dzieci nie mają tego problemu.

Dzień mija nam na eksplorowaniu Kapadocji, jej baśniowych kominów i jaskiń,  które przez miliony lat wyrzeźbiły wiatr, deszcz i erozja. Dzieci co i rusz znikają nam z pola widzenia, szukając nowych „domków”.

Kapadocja przez lata była schronieniem chrześcijan, którzy przybyli tu w II wieku z Jerozolimy, uciekając przed prześladowaniami. Przybysze powiększali naturalne jaskinie (powstałe z miękkiego tufu wulkanicznego) tworząc mieszkania, kaplice i kościoły. Teraz co chwila rozlega się głos któregoś dziecka: – Ooo! Tu był kościół – jest krzyż. – A tu są freski –.  Ekscytującym znaleziskom nie ma końca. Nawet upał nie daje się tak we znaki, gdyż co i rusz znajdujemy się w cieniu jaskiń. Dzień kończy kąpiel w basenie.

Na następny dzień zostaje nam zwiedzenie jednego z kilkuset znajdujących się tu podziemnych miast. To tu, mieszkańcy Kapadocji kryli się przed atakami z zewnątrz. W miastach tych  nie brakowało źródeł wody pitnej, magazynów żywności, winiarni czy świątyń. Znajdowały tu schronienie tysiące ludzi.

Teraz my eksplorujemy wąskie korytarze, pokoje, szyby wentylacyjne, kuchnie i spichlerze. Miasto położone na czterech poziomach sprawia wrażenie niekończącego się labiryntu. Gdyby nie strzałki wskazujące wyjście można by tu zostać dłużej niż się początkowo planowało. Światło dzienne zwiastuje wyjście. Uff… jednak na powierzchni przyjemniej.

Kapadocja to ostatni z przystanków w Turcji. Teraz przed nami już prosta, tysiąckilometrowa droga do Gruzji.

Komentarze: 0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *