Rodzina na wakacjach

Dżungla, chaos i niespodzianka

28 lipca 2018 0 komentarzy

Prognoza wskazywała, że deszcz będzie padał przez bity tydzień… Cieszyliśmy się już na kąpiel w ciepłym morzu w strumieniach równie ciepłego deszczu. Jednak okazuje się, że deszcz w Bułgarii to sprawa mocno przereklamowana i z szumnie zapowiadanych tygodniowych opadów zrobiły się smętne trzy godziny, po których wyszło słońce i świeciło jak zawsze. Co ma swoje dobre strony, przecież przyjemniej zwija się namiot suchy niż mokry. Okazuje się, że lata wspólnych wyjazdów robią swoje i gdy przychodzi do zwijania obozowiska działamy jak trybiki w szwajcarskim zegarku: mycie grilla, zmywanie, pakowanie śpiworów… Żadna para rąk nie marnuje się ani przez minutę, co jest istotne, gdy poranne słońce z każdą chwilą praży mocniej i proces pakowania robi się coraz mniej przyjemny. Życie na kempingu uczy wielu rzeczy.  To tu, wiele lat temu, nasze przedszkolne dzieci, opanowały trudną sztukę ręcznego zmywania – umiejętność, która cieszy nas do dzisiaj 🙂

Żegnamy Bułgarię, jej sielskie krajobrazy i malowane słonecznikami pola. Pozwoliła nam nabrać sił do dalszej podróży, nakarmiła pysznymi owocami, dała orzeźwienie w morskich falach. Jesteśmy gotowi na dalsze podboje!

Kolejny  etap podróży – Stambuł. Przez ponad 1500 lat stolica kolejnych imperiów: Rzymskiego, Bizantyjskiego i Osmańskiego, miasto znane nam z podróży poślubnej. Jednak po raz pierwszy eksplorujemy ją samochodem. Już sam wjazd do ponad 15 milionowej metropolii robi wrażenie. Z ust dzieci, niemal w tej samej chwili, pada jedno słowo: dżungla. I bynajmniej nie mają na myśli rosnących wszędzie palm. Nawet niewprawne oko dostrzega natychmiast, że tu na ulicach rządzi prawo silniejszego. Nasz kierowca (z podejrzaną łatwością) dostosowuje się do panujących reguł. Z radosnym pomrukiwaniem „jestem większy, puść mnie” zmienia pasy i lawiruje między szarżującymi ciężarówkami. Reszta załogi z zapartym tchem obserwuje te manewry.

Po półtorej godzinie przebijania się przez miasto nawigacja wskazuje 800 metrów do celu. Jeszcze nie wiemy, że pokonanie tej odległości zajmie nam godzinę. Znajdujemy się w samym centrum Starego Stambułu, uliczki stoją zakorkowane na sztywno. Z wyłączonym silnikiem możemy oddać się kontemplacji ulicznego życia. Motocykliści bez kasków, za to na opancerzonych skuterach, przeciskają się między samochodami. Dzieci, w ilościach znacznie przekraczających założenia producenta, kłębią się w samochodach.  Mali chłopcy pchają ogromne wózki  wypełnione towarem (jedyna szansa na pokonanie zakorkowanych uliczek). Muzułmanki w czarnych czadorach zza których widać jedynie oczy oraz wydekoltowane turystki dopełniają całości obrazu. A wszystko to dzieje się przy przenikliwym dźwięku klaksonów, do którego od czasu do czasu dołącza jękliwy śpiew muezzina, wzywającego na modlitwę.

Chaos – to mało powiedziane. Okazuje się, że nawet przejście przez ulicę stanowi wyzwanie. Kiedy to ostatni raz chwytaliśmy nerwowo dłonie dzieci przed przejściem dla pieszych? Teraz przypominamy sobie te czasy. W tym chaosie trzeba wyłowić właściwy moment, szybki rzut oka w każdą (dosłownie) stronę i rzucamy się przed siebie. Uff, znów się udało. Ciekawe czy święty Krzysztof jest też patronem podróżujących pieszych. Byłoby bardzo wskazane 🙂 Wieczorem padamy ze zmęczenia, gdy za naszym oknem rozpoczyna się nocna zmiana na budowie vis à vis. Dźwięk spadających z łoskotem żelaznych prętów byłby w stanie obudzić zmarłego. Ciekawe czy uda się przy tym zasnąć… to ostatnia świadoma myśl.

Kolejny dzień z założenia ma być intensywny. Hagia Sophia (licząca sobie ponad 1500 lat; pierwotnie świątynia chrześcijańska następnie zamieniona na meczet), oszałamiający przepychem pałac sułtanów Topkapi, Kryty Bazar, podziemna Bazylika Cystern (zapas czystej wody dla miasta na wypadek zatrucia akweduktów przez wroga) – realizujemy obowiązkowy program każdego turysty.

Pora wzmocnić nadwątlone siły. Siadamy w niepozornej knajpce, zachęca nas do niej obecność „lokalesów”. Na hasło „kebab” twarz naszego syna się rozjaśnia. Ceny przystępne, wybieramy rozmaite dania składające się głównie z mięsa i warzyw, lekko pikantne, ale znakomicie doprawione. Do tego obowiązkowy ayran (napój z jogurtu, lekko osolony, idealny na gorącą pogodę). Chłoniemy Stambuł wszystkimi zmysłami. Ogarnia nas błogie rozleniwienie.

Jeszcze wieczorny spacer. Stambuł zasadniczo nadmiarem zieleni nie rozpieszcza, zatem jesteśmy mile zaskoczeni, gdy znajdujemy się nagle w pięknie utrzymanym parku. Stwierdzamy, że to park naprawdę z wyższej półki (coś w rodzaju naszych warszawskich Łazienek), gdy rozglądając się za toaletą, widzimy niewielki acz czysty i nowoczesny budynek  oznaczony z daleka widocznymi symbolami damsko-męskich ludzików. Ha, naprawdę zadbali o turystów. Aneta śmiało wchodzi do części oznaczonej jako damska i, ku naszemu zdziwieniu, niemal równie szybko ją opuszcza. No cóż, pewnie opłata, myślimy, szukając drobnych. Jednak mina dziecka jest co najmniej niewyraźna. Po chwili rozumiemy dlaczego. Zadbany budyneczek okazuje się być… meczetem. Pozbawionym minaretów, niewielkim, ale jednak… Z osobnym wejściem dla kobiet i mężczyzn. Taa… Chwilę jeszcze obserwujemy kolejne turystki o europejskim wyglądzie żwawo zmierzające do upragnionego przybytku, by po chwili zobaczyć ich zawiedzione miny. Na naszych twarzach maluje się satysfakcja starych wyjadaczy 🙂

Zapada zmierzch. Ignorując natarczywe zaproszenia do kolejnych knajpek zmierzamy do hotelu. Jutro przed nami kolejne wyzwanie: bez większych strat (w ludziach i samochodzie) wyjechać ze Stambułu!

Komentarze: 0

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *